Zawsze wydawało mi się, że szczęście to coś dla mnie nieosiągalnego.
Że nie zasłużyłam, a nawet istniała myśl, że ono nie istnieje.
Ale kiedy byłam już na dnie, w kompletnej pustce, z własnymi demonami, budziłam się na nowo.
Jak gdyby jakiś anioł wyciągał do mnie dłoń i mimo mojej woli pomagał mi wstać.
Któż nim jest?
Modlitwa. Przyjaciel. Mama.
I nie ma w tym chyba nic złego, że jestem słaba.
A może byłam...
Sama nie wiem, bo jak każda dusza - moja także została wystawiona na próbę.
I przepadłam. Ale przeżyłam.
Chciałam po prostu napisać jak bardzo jestem z siebie dumna.
Tak bardzo szczęśliwa.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz